Pogoda

Dodaj lokalizację
Aktualna temp.: -1°C 10°C 2°C Zachmurzenie duże
zwiń

Informacje

  • Telefon, który miał być pożegnaniem i pies w plecaku. Historie tych, którym udało się uciec

    19-11-2018 19:33

    Poruszające relacje z ogarniętej pożarem Kalifornii

    Miasto Paradise przed i po pożarze Camp Biuro szeryfa hrabstwa Butte/Google Maps

    W zgliszczach po pożarze Camp Fire znajdowane są ciała kolejnych ofiar. Losy setek ludzi pozostają nieznane. Ci, którym udało się uciec przed żywiołem, dzielą się swymi poruszającymi relacjami. Jest w nich telefon, który miał być pożegnaniem. Pies, wyniesiony z płonącego domu w plecaku. Personel domu opieki, który nie porzucił pensjonariuszy.

    Camp Fire to najbardziej śmiercionośny pożar w historii Kalifornii. Wybuchł w czwartek 8 listopada w mieście Paradise. Napędzany wiatrem żywioł błyskawicznie się rozprzestrzeniał.

    Najnowszy bilans mówi o 77 ofiarach śmiertelnych i są obawy, że będzie rósł. Niemal tysiąc osób uznaje się za zaginione.

    Telefon, który miał być pożegnaniem

    Kiedy Nicole Montague i jej 16-letnia córka w czwartkowy poranek zauważyły czerwoną poświatę na horyzoncie, początkowo się tym nie przejęły, ponieważ władze nie wydały żadnych ostrzeżeń. Dramat zaczął się nagle.

    - W ciągu kilku minut wybuchła masowa panika - opowiada 45-letnia Nicole. Wkrótce pole dla przyczep, gdzie w jednym z mobilnych domów mieszkała z rodziną, stanęło w ogniu. Kobietom udało się zabrać jedynie psy i kilka najpotrzebniejszych rzeczy.

    - Kiedy odjeżdżałyśmy, skrzynki pocztowe już płonęły - opisuje Nicole. - Jedyne, co było słychać, to wielki huk i eksplodujące zbiorniki z propanem - dodaje. Była pewna, że nie uda im się uciec przed pożogą. Zadzwoniła do męża Erica, aby się z nim pożegnać.

    - Powiedziałam: kochanie, nie wiem, czy dam radę stąd uciec, kocham cię - wspomina. Samochody wokół nich płonęły. Ludzie wysiadali, próbowali przemieszczać się pieszo, wskakiwali do cudzych, niezajętych jeszcze ogniem pojazdów. Jak potem podały władze, niektóre osoby tego poranka spłonęły w samochodach.

    Nicole i jej córce podróż z Paradise do oddalonego o 16 kilometrów miasta Chico, gdzie mieszkają ich krewni,  zajęła pięć godzin.

    Bocznymi drogami ominęli korki

    Małżeństwo emerytów - Julie i Lane Walkerowie - mieszkali w Magalii, północnej dzielnicy Paradise, od 2003 roku. Kiedy nadszedł ogień, nie stracili głowy. Udało im się ocalić nie tylko siebie. Poprowadzili krewnych i sąsiadów w bezpieczne miejsce bocznymi drogami, omijając korki.

    Znali okolicę i nieuczęszczane szlaki, ponieważ wiele czasu spędzili, podróżując po nich swoim jeepem.

     

    Z pieskiem w plecaku

    Kiedy 51-letni David Wigham, handlarz drewnem  opałowym, obudził się 8 listopada, poczuł zapach dymu. Uznał, że pali się gdzieś daleko i ponownie zasnął. Świat, w którym obudził się kilka godzin później, był już czerwony od ognia. Żar wdzierał się przez drzwi frontowe, gdy mężczyzna próbował spakować swego psa - chihuahua o imieniu Dee Dee - do plecaka.

    - Myślałem, że się spalimy - opowiada Wigham. Płonęła już jego półciężarówka, uciekł więc pieszo, z psem w plecaku. Obcy ludzie zatrzymywali się, by zaoferować mu podwiezienie. W ten sposób dotarł w bezpieczne miejsce.

    Uratowali 50 podopiecznych

    89-letnia Betty Myers, poruszająca się na wózku kobieta chora na alzheimera, była wśród 50 ewakuowanych pensjonariuszy ośrodka opieki  w Paradise.

    Jak opowiada syn staruszki Ron Rohde, ucieczka była trudna. W pewnym momencie na szosie konwój pojazdów został doścignięty przez ogień. Niebo poczerniało. Jeden z samochodów trzeba było porzucić, bo zabrakło w nim paliwa. Dwukrotnie okazywało się, że potencjalne drogi ucieczki są nieprzejezdne, zanim w końcu udało się wszystkim szczęśliwie dotrzeć do Redding.

    - Większość personelu straciła domy. Mieli swoje rodziny, o które się martwili. A jednak skupili się na uratowaniu tych 50 osób powierzonych ich opiece - podkreśla syn pensjonariuszki.

  • Dramat
    którego nigdy nie chciałabym przeżyć. Cieszę się radością ocalonych. Podziwiam bohaterską postawę opiekunów osób chorych. Dla pana Davida Wigham niski ukłon za uratowanie nie tylko własnego życia, ale również psa. Domy, samochody to rzecz nabyta, będą inne. Życie jest jedno. Współczuję wszystkim, którzy stracili bliskich czy znajomych w pożarze
    ~Mika /2018-11-19 21:24

Byłeś świadkiem ciekawego wydarzenia?

Zostań Reporterem 24 - wyślij nam swój materiał przez Kontakt24 lub kontakt24@tvn.pl!

Blogi

Arleta Unton-Pyziołek

alt

Nad Polską toczy się walka między północą i południem. Polem tej walki, strefą ś...

Tomasz Wasilewski

alt

Niemal do końca lutego w prognozach nie widać mroźnej zimy....

Wojciech Raczyński

alt

W ciągu najbliższej doby z zachodu na wschód będzie się przemieszczała przez Pol...